GPA podkarpackie – Strzyżów, 1 sierpnia 2021



Pogórze Przemyskie oddaliśmy w tym roku Tour de Pologne Amatorów, a nasze rajdy po raz pierwszy w historii przywieźliśmy na Pogórze Strzyżowskie. I nieskromnie musimy przyznać, że ponownie był to znakomity pomysł! Z perspektywy czasu okazało się, że popełniliśmy jeden mały błąd – otóż odważyliśmy się wyjechać z trasą poza granicę Powiatu. A za granicą padało! Na szczęście po kilkunastu „niepoprawnych” kilometrach wszyscy wrócili na suchą stronę mocy – do krainy słońca i rozbrykanego w polach wiatru.

O tym, że trasa nie będzie niedzielnym spacerkiem można było nabrać podejrzeń w zasadzie tuż po starcie. Dla przyzwoitości, w ramach rozgrzewki, pierwszy kilometr wiódł po płaskim – dalej już taryfy ulgowej nie było. Kiedy na kilkuset metrach nachylenie przyjmuje 8-10%, to przeważnie prawda wychodzi na jaw, choć można jeszcze zablefować. Jeśli jednak takiego podjazdu są w sumie ponad 3km (nie licząc wypłaszczenia pośrodku) – to już nawet najlepszy aktor wywiesi flagę w odpowiednim kolorze. Tym bardziej że nie było cackania, czarowania ani żadnych innych czynności na literę „c” – od początku poszła solidna kolarska robota, która rozciągnęła peleton raz na zawsze.

To prawda, że po Bonarówce można było „z grubsza” zamknąć losy sportowej rywalizacji – ale też dzięki temu poczynania Uczestników nabrały wyraźnie więcej luzu. Bo przecież „wystarczy jechać swoje” – i już nie przegonią! Można bez stresu rozejrzeć się dookoła, nacieszyć oczy okolicą, zachować spokój na zjazdach czy zawrzeć nową znajomość z jednym-dwoma towarzysz(k)ami jadącymi „akurat przypadkiem” w tym samym tempie. A że jezdnia z czasem stała się mokra, to i ochota na harce mniejsza.

Leniwie siąpiącym deszczem przywitał Czarnorzecko-Strzyżowski Park Krajobrazowy. Po ledwie co oddanym nowiutkim asfalcie koła potoczyły się w kierunku Działu Czarnorzeckiego i… narciarskich tras biegowych. Widoczny z daleka słup przekaźnikowy nad Rezerwatem Prządki przyciągał jak magnes, a prowadząca do niego droga przez Mroczny Mur w końcowej fazie okazała się doprawdy zwariowana (swoiste lekcje jazdy kolejką górską na rowerze szosowym). Zjazd do leżącej w dole kameralnej Korczyny poszedł niestety na zmarnowanie – zbyt stromo, zbyt kręto, zbyt ślisko… Zupełnie dobrze udał się natomiast kolejny na liście podjazd – prawdopodobnie najładniejszy ze wszystkich wiodących pod ruiny Zamku Kamieniec. Do ustalenia pozostaje jednak, czy aby na pewno najłatwiejszy, bo w 2 miejscach nawet najbardziej harde sztuki stawiało do pionu (ku uciesze fotografa i przy okazjonalnym dopingu piszącego te słowa). Żeby się jednak z tego podjeżdżania w głowach nie zawróciło, to do pit-stopu w Wiśniowej było już głównie z górki.

Z bufetu usytuowanego na terenie Zespołu Dworsko-Folwarcznego można było oddalić się w 2 kierunkach. Podróżnicy pojechali szukać wiatru w Pogwizdowie, a wcześniej złotego pociągu w schronie kolejowym w Cieszynie. Z początku pomknęli ochoczo wzdłuż Wisłoka na Frysztak, ale swoją porcję przewyższenia i tak dostali (umownie całą niedzielną trasę można było podzielić na dość zbliżone pod względem trudności odcinki 60 km i 1.000 m przewyższenia każdy). Gdy wrócili – niepostrzeżenie wmieszali się między Uczestników Trasy Sportowej oraz Rekreacyjnej – z tego punktu wszyscy mieli do pokonania łagodny wjazd pod kamieniołom w Szufnarowej. W tak zwanym międzyczasie asfalty zdążyły nieco przeschnąć i takie zjazdy jak np. do Różanki czy do Pstrągowej smakowały znakomicie. Ponieważ trasa w większości poprowadzona była niewiarygodnie bocznymi drogami (ale w tym regionie właśnie na takich drogach jest najlepsza nawierzchnia), to samochody przeszkadzały nieszczególnie, a nawet bywały zaskoczeniem. Co ciekawe – za 80% tego ruchu „odpowiedzialni” byli wracający z kościoła oraz goście weselni uparcie zmierzający na jedno z położonych przy trasie siedlisk. Część z nich zapewne robiła Wam też zdjęcia na finałowym podjeździe, bo zjeżdżając powolutku w Waszym kierunku już od samej góry wyciągali aparaty.

A ostatni podjazd? Cóż… Zdarzały się nam już stromsze podjazdy na koniec – zwłaszcza jeśli pod uwagę weźmiemy ostatnie 1,5km ;)) Bo te pierwsze 1,5km trzymało naprawdę mocno, średnio w okolicach 10% – ale punkt przesady nie został przekroczony i w zdecydowanej większości poszło koncertowo. Tylko jadący po brązowy medal Mateusz Skarżyński (Kraków, bikeBoard) chciał żebyśmy go podciągnęli do prowadzącej dwójki, ale tego dnia nie było mocnych ani na debiutującego w naszym cyklu Janusza Syrowego (Iskra Tarnów), ani tym bardziej na Dawida Nytko (Jodłówka-Wałki) – niedawnego zwycięzcę z Sandomierza, a teraz także ze Strzyżowa!

Wśród Pań pierwsza linię mety przecięła Ewa Lisak z pobliskiej Cieszyny (tej od schronu kolejowego) – ale to m.in. dlatego, że jechała krótszy o 38 km wariant rekreacyjny 😉 Natomiast wobec braku innych konkurentek, koleżanki Ewa Bryant (Wisła) i Kamila Bujko (Warszawa) jechały zupełnie bez presji, napawając się urokiem okolicy i susząc w słońcu buty mokre jeszcze po sobocie. Analiza zapisu z fotobudki wskazuje, że o jeden kwiatek do wianuszka szybciej z trasą uwinęła się tym razem Ewa – i to ona zapisuje na swoim koncie wygraną!

Na dystansie podróżniczym po raz kolejny formą błysnął Marcin Mystkowski (Warszawa, Legion Serwis), dla którego to już trzecie podium z rzędu (w tym dwie wygrane). Na swoich terenach dotychczasowe „niepowodzenia” powetował sobie Karol Rąpała (Jasło, Rowerku Jedź) – tym razem wszystko zagrało jak należy, a rowerek wjechał na II stopień podium. Na III pozycji rajd ukończył Michał Kaczura z Krakowa, który wcześniej brylował też na tym dystansie w rajdach małopolskim i świętokrzyskim.

Do nieoczekiwanego zwrotu wydarzeń doszło natomiast w klasyfikacji generalnej, gdzie prowadzący od kilku tygodni Sebastian Gruszka (Gdańsk, DlugiDystansRowerem.pl) nie miał jak sam przyznał dobrego dnia i zdecydował się wcześniej zakończyć podkarpackie zmagania. Po zgubione punkty trochę nieświadomie sięgnął Bartłomiej Grodecki (Dziurów, PGE Obrót), który pojechał chyba najmocniejszy rajd w historii dotychczasowych kilkunastu startów i objął pozycję lidera. Niby Bartek ma już na swoim koncie u nas kilka podiów, a w Strzyżowie zajął „tylko” 4. miejsce, ale mając w nogach sobotni start w Zwierzyńcu pojechał niesamowicie mocno, z żelazną konsekwencją – i pokonał dosłownie wszystkich, których tego dnia mógł pokonać. W tym miejscu duże brawa także dla trzeciego „w generalce” Krzysztofa Opary (Nowogród Bobrzański), który z każdym weekendem na górskich etapach cierpi coraz mniej – i chyba zaczynają mu się one nawet podobać!

Za fantastyczny udział dziękujemy wszystkim, którzy tego dnia podjęli wyzwanie zmierzenia się z niełatwą przecież trasą – i uczynili to w iście frajdownym stylu! Gratulujemy wesołej i niezwykle energicznej postawy, a także osiągniętych wyników!

Za wsparcie przy organizacji składamy natomiast uprzejme podziękowania Gospodarzom wydarzenia (czyli Powiatowi Strzyżowskiemu oraz Miastu Strzyżów wraz z Centrum Sportu, Turystyki i Rekreacji i Domem Kultury “Sokół”), Partnerom całego Cyklu (sponsorowi nagrody głównej – FALCON Wheels, sponsorom nagród etapowych – GOG EyewearMartombikeDeli Tire i dostawcom “magicznych eliksirów” – ActivLabRadello) oraz Patronom (Ministerstwo SportuPolska Organizacja TurystycznaRowerem przez PolskęMagazyn bikeBoardVelonews.pl i Cykloturysta.pl)




📸 Zdjęcia: Bartek Wójcik 📸