Rajd #10 – zachodniopomorskie


Gdyby nie było niedzieli, strasznie ciężko byłoby rozpocząć tydzień po sobocie. A tak – można sobie dla relaksu pojechać na rajd rowerowy, choćby taki jak ten ze startem i metą w niespiesznie rekreacyjnym Drawnie – jednym z najładniej położonych miasteczek w tej części Pomorza Zachodniego. Kto był i jechał – wie o czym mowa. Kto nie był – przy kolejnej okazji powinien nadrobić zaległości.

Już od świtu (czyli czasu niedzielnego – tak od 8:40) parking przy biurze zawodów zaczął intensywnie się zapełniać – choć z początku głównie wiernymi zmierzającymi do pobliskiego kościoła. Ale i wesoła gromada rowerowych entuzjastów bardzo sprawnie i szybko się odnalazła. W promieniach porannego słońca wibrowało pozytywne nastawienie i zapowiadało się na dobrą zabawę. Niektórzy z niepokojem spoglądali na słupki rosnącej temperatury, ale te wyhamowały w okolicach 25-28 C, a niebo nieco „zgęstniało” i słońce nie operowało już tak mocno jak dnia poprzedniego. Przy lekkich podmuchach towarzyszącego wiatru jechało się więc zupełnie przyjemnie, choć podziwianie uroków otaczającej przyrody nieco przez to straciło na atrakcyjności. Porcję krajobrazowych wrażeń i odrobinę sportowych emocji miała bowiem zapewnić przygotowana trasa. Pośród lasów, łąk i pól kryło się sporo widokowych niespodzianek oraz niewinne z pozoru pagórki – niewinne, bo przewyższenia w sumie żadne, ale co oczy widziały a nogi jechały jakoś dobitniej zapada w pamięć niż pobieżna analiza profilu wysokościówki…

I tak oto przez początkowe 15 km zgodnie i ochoczo sunęły do przodu dwa kolorowe węże – widoczne nawet z daleka, albowiem ostrzegawczo mrugały ślepiami (czerwone tylne lampki wyglądały tego dnia jakoś szczególnie wesoło). Tradycyjnie już jednak pierwszego większego przegrupowania dokonał wyjazd z Kalisza Pomorskiego – niełatwy, nie krótki i niespodziewany. A że takich pagórków było po drodze znacznie więcej, to po 40 km węże zmieniły się w jaszczurki – solidarnie 7-osobowe.

Jednak ulubionym odcinkiem startujących – sądząc po radosnych okrzykach – okazał się 600-metrowy fragment „Osiek-Roubaix”. Umiejscowiony tuż przed bufetem kawałek zupełnie niezłego bruku skutecznie wszystkich rozmasował i wybudził z niedzielnej sjesty. I tylko kilku pogubionych bidonów żal. W ramach rekompensaty kilka razy mocniej dmuchnęło od północy, w efekcie czego tempo wyraźnie podskoczyło, a prędkościomierze coraz chętniej wspinały się powyżej 40 km/h. 🌡️

Na ostatnich kilometrach ciekawie zrobiło się też w czołowej siódemce, której mimo zgodnej współpracy nie starczyło cierpliwości, by razem dojechać do mety. Po kilku próbach ostatecznie w kierunku finiszu szybciej pognało 3 kolarzy, a losy wygranej ważyły się do ostatnich metrów. Zwycięsko z tej rywalizacji wyszedł Sławomir Niziołek (Warszawa), drugi był Marek Grzesiecki (Stargard), a trzeci Wiesław Chrzanowski (Owidz). Wkrótce potem dojechało pozostałych 4 zawodników i… cała siódemka w serdecznym rozluźnieniu zaczęła rozpamiętywać przejechany właśnie rajd. A gdy już wreszcie zwabił ich zapach serwowanej przez Gospodarzy znakomitej zupy gulaszowej, na metę wjechały Panie – najpierw Jowita Konieczna (Radoczewo), a chwilę później Celina Kudyba (Złotów).

Trasa najwyraźniej się spodobała, bo kolejni Uczestnicy przyjeżdżali w znakomitych humorach i wyglądali na umiarkowanie zmęczonych (a niektórych czekała jeszcze długa droga do domu – choć przeważnie samochodem). Zasłużone gratulacje i pamiątkowe medale chętnie przyjmowali wszyscy, a nagród i upominków podczas dekoracji jak zwykle było sporo. Dlatego pięknie dziękujemy za wspólnie spędzony dzień – również tym, którzy wsparli nas rzeczowo i organizacyjnie, czyli firmom ALPINBIKE (dystrybutorowi m.in. marek Sport Arsenal czy Finn) oraz GOGGLE – Okulary dla Aktywnych, a także naszym Gospodarzom, czyli Miastu Drawno.