Rajd #13 – pomorskie


Na szczęśliwy 13. w tegorocznej edycji Rajd harmonogram zaprowadził nas na północ, w pomorskie. Ze startem i metą w Kartuzach, na Uczestników czekały niepowtarzalne krajobrazy Szwajcarii Kaszubskiej, dla mocniejszego efektu wzbogacone licznymi podjazdami ochoczo meandrującymi pomiędzy malowniczymi jeziorami i pagórkami. Ze względu na zakrojone na szeroką skalę remonty drogowe, w porównaniu do zeszłorocznej trasy tym razem wypuściliśmy się nieco dalej, aż pod Sulęczyno i Sierakowice – przynajmniej na dystansie podstawowym, bo wersja MINI miała zmieniony jedynie początek.

Wskutek tych zabiegów z pola widzenia zniknęły Chmielno i Zawory (a przede wszystkim jeziora Białe i Kłodno), ale w zamian pojawiły się przynajmniej 4 nowe świetne odcinki, które dla wielu były swego rodzaju niewiadomą. Pierwszy pojawił się już na rozgrzewkę, wzdłuż jez. Karczemnego w Kartuzach – i choć znajdujący się tam krótki podjazd nie sprawił nikomu kłopotów, to jasno dał do zrozumienia, że łatwo nie będzie! Prawdopodobnie największym uznaniem cieszyła się druga z “nowalijek” – bardzo malownicza i spokojna, pokryta nowym asfaltem droga ze Stężycy na Węsiory. Nadarzyła się dzięki temu okazja zobaczyć z bliska Betlejem, a nieco dalej – już przy szosie na Sulęczyno – pięknie eksponowany fragment jez. Węgorzyno, które znajduje się tutaj niemal na wyciągnięcie ręki. Kolejny warty wzmianki odcinek napotkaliśmy zaraz potem, gdy nasza runda zaczęła zawracać wspinając się przez miasteczko i okrążając jezioro od zachodu w kierunku północnym – przez Tuchlino i Puzdrowo do bufetu w Sierakowicach (aby jednak uzupełnić zapasy energii trzeba było najpierw pokonać niby niepozorny, ale jednak trzymający przez 2 km podjazd). I wreszcie niewinnie zapowiadający się fragment przez Paczewo, w rzeczywistości rozpoczynający serię niełatwych hopek, które sprawiają, że do mety wcale nie jest jeszcze tak blisko. Sam fakt powrotu w Hucie Bąckiej na zeszłoroczną trasę przyniósł wprawdzie pewną ulgę (ponieważ wypadł tuż przed znakomitym zjazdem nad migoczące w dole jez. Bąckie), ale na tym etapie niemal za każdym zakrętem czaiły się następne trudności. W tej sytuacji znajomości zawierane pomiędzy Uczestnikami wystawiane były na ciężką próbę, bo rzadko kiedy taki rollercoaster przejeżdża się w podobnym tempie…

A skoro o tempie mowa, to od początku było ono dość wysokie. Fakt, że pierwsze 10 km miało dynamiczny charakter, a jazda w ochoczo usposobionych grupach pozwala odkrywać nieznane dotąd zakresy prędkości “po płaskim”. Chwilę nam zajęło, zanim dogoniliśmy samochodem w ogóle pierwszych zawodników (dobrze, że na Złotej Górze czekała wysłana wcześniej forpoczta). Ale cóż się dziwić, skoro np. 5,8 km z Kartuz do Ręboszewa czołówka przemknęła ze średnią 41 km/h, czyli w całe 8 i pół minuty (a przy okazji 15 sek. szybciej od jednego z naszych eksportowych “Prosów”, który trenował tam kilka dni wcześniej). Kolarskie harce trwały w najlepsze, a niektórych nie wyhamowała nawet największa trudność dnia, czyli słynna na całą okolicę Wieżyca. I gdy tak się wszystko poszarpało – i przez chwilę zanosiło się na powszechną jazdę w parach, co najwyżej w trójeczkach – w jakimś momencie przyszło uspokojenie, a grupki z powrotem się zjechały. Po 30 kilometrach, przed Stężycą, defilady znów były liczne, a co najważniejsze – pogodne i wesołe. Taki stan rzeczy utrzymywał się dość długo, z malutkim wszakże zastrzeżeniem, że w miarę upływającego dystansu sił jednak ubywało. O ile jeszcze na bufecie stawiały się większe grupy, o tyle później wspomniany w poprzednim akapicie “rollercoaster” pochłaniał co raz to nowe ofiary.

Wraz ze zbliżaniem się do mety tempo rosło natomiast w czołówce. Lojalnie uprzedzeni, że finisz nie jest przystosowany do sprintu dla większej grupy, niektórzy szukali swojej szansy na wcześniejszym etapie. Sukces okazał się połowiczny, bo na systematycznym “podkręcaniu” z wesołej dwunastki na ostatnich kilometrach odpadło raptem 2 kolarzy, ale po kontrze na ostatnim kilometrze do rywalizacji o etapowe skalpy przystąpiła już tylko siódemka. Po pierwsze zwycięstwo A.D. 2018 sięgnął Mirosław Szraucner (Lubliniec), dla którego był to trzeci start w sezonie. Swego rodzaju “fatum” zawisnęło natomiast nad następnymi w kolejności – Dawid Koza (Kochanowice) znów był drugi, a Grzegorz Zawistowski (Warszawa) znów był trzeci. Dla Dawida, Grzegorza oraz Darka (który był czwarty) osiągnięte miejsca mają też znaczenie w kontekście klasyfikacji końcowej, która wkracza już w decydującą fazę. Ciekawie też potoczyła się rywalizacja w gronie Pań. Tu najszybsza okazała się Agata Walkowiak (Szczecin), która w ten sposób poprawiła swoje osiągnięcie z poprzedniego roku. Jako druga z donośnym okrzykiem linię mety minęła Natalia Lewandowska (Kartuzy) wyprzedzając Joannę Siemaszko (Bartoszyce) i swoją koleżankę Joannę Frelichowską (dla niepoznaki – z Gdyni) – a to wszystko na przestrzeni… 23 sekund! Trzy minuty później zameldował się najstarszy tego dnia Sławomir Rejmer (Gdańsk), a po następnych czterech zdecydowanie najmłodsza – Katarzyna Musisz (Siekierki Wielkie).

I tak oto posileni porcją kolarskiego makaronu mogliśmy w znamienitym towarzystwie Burmistrza Kartuz Mieczysława Grzegorza Gołuńskiego przystąpić do prawdopodobnie najdłuższej w historii dekoracji. Dzięki wsparciu Partnerów Rajdu mieliśmy możliwość wręczyć okazałą ilość nagród i upominków, za które bardzo serdecznie chcemy podziękować firmom ALPINBIKE (dystrybutorowi m.in. marek Sport Arsenal czy Finn) i GOGGLE – oraz Gospodarzom, czyli władzom Miasta Kartuzy oraz Powiatu Kartuskiego. Uczestnikom uroczyście gratulujemy ukończenia Rajdu (czego poświadczeniem są pamiątkowe medale) oraz dziękujemy za wspólną zabawę i zapraszamy ponownie!